Każdy może we własnym zakresie popracować nad pozycją strony. Wiemy z doświadczenia, że frazy popularne i tak muszą być prowadzone pod okiem kogoś z doświadczeniem w pozycjonowaniu, ale klient agencji, który spróbował swoich sił posiada już podstawy wiedzy, jaką musi zdobyć. Zupełna ignorancja w tej materii (płacę innym, więc mnie to nie interesuje) może poważnie zaszkodzić tak pozycji strony, jak i biznesowi, który na niej się opiera.
We własnym zakresie na pewno warto dodać kilka, kilkanaście wpisów w katalogach stron. Każdy popularny portal oferuje miejsce w swoim katalogu stron (onet, wp, interia, itp.), ponadto łatwo znaleźć kolejne adresy. Nie dodajemy strony do katalogów, które wymagają linka zwrotnego. To zasada, od której nie warto robić wyjątków. W krótkim czasie możemy sprawić, że nasza strona główna zacznie przypominać farmę linków, na której znajdują się przypadkowe linki do katalogów. A co mają wspólnego katalogi z branżą strony, którą prowadzimy? No właśnie, nie dość, że linki te zabierają naszą moc strony, to jeszcze mogą spowodować nałożenie filtra. Filtry to częste kary obniżające pozycję w rankingu o kilkadziesiąt czy kilkaset pozycji. Nie warto ryzykować.
W poprzednim wpisie pisaliśmy o mocy pozycjonerskiej i warto tę kwestię trochę rozjaśnić. Generalnie mamy tutaj na myśli wpływ na pozycję strony. Gdy Google publikuje informacje na temat tagu follow, nofollow w linkach bądź narzeka na manipulowanie wynikami wyszukiwania, to określa tę moc jako przepływ page ranku. Ciekawostką jest jednak to, że page rank nie wpływa na pozycję w rankingu. Stąd też (z niejasnych informacji publikowanych na stronach Google) wiele osób początkujących i słabo znających zagadnienia pozycjonowania utożsamia walkę o pozycję z budowaniem wysokiego Page Rank.
W istocie ci sami pracownicy Google, którzy piszą o manipulowaniu przepływem page ranku podkreśla, aby nie zwracać uwagi na ten wskaźnik tylko skupić się na użytkownikach i wartości strony. Aktualizacje strony, rozbudowa i nieustanna praca nad jej kodem to – zdaniem googlersów – zadania prawdziwego webmastera.
Moc, o której piszemy i o którą wszyscy w branży pozycjonowania walczą zależy od wielu czynników, których być może nie znamy do końca. Kluczowym jednak elementem wpływającym na wielkość tej mocy są… linki.
W największym uproszczeniu możemy podać przepis na wysoka pozycję zaledwie w jednym zdaniu. Wysoka pozycja to prawidłowo linkowana porządna strona internetowa. Samo linkowanie strony źle zbudowanej, z błędami utrudniającymi dostęp czy też widoczność tekstu botom nie da efektów tak samo jak wymuskany kod strony bez jednego linka z zewnątrz.
Dziś jednak chcielibyśmy zwrócić uwagę na prawidłowa budowę linków, którymi zamierzamy pozycjonować stronę. Otóż kluczem do sukcesu jest tutaj anchor text, czyli słowo kluczowe, aktywne, które jest odnośnikiem. Prawidłowa budowa linka wygląda tak:
<a href=””adres_strony_docelowej””>anchor text</a>
anchor text
i tylko taki link można uznać za pozycjonujący. Pozycjonowanie opiera się na linkach (czyli powiedzmy, wskaźniku popularności danej strony), które posiadają zdolność przekazywania mocy. Tą zdolnością jest tag rel=”follow”. Zwróćmy uwagę, że linki dodawane w komentarzach blogów czy wielu niusów mają automatycznie dodawany tag rel=”nofollow” czyli nie przekazują mocy. Zapobiega to wykorzystywaniu komentarzy przez spamerów, którzy i tak z nich korzystają, ale o tym w innej bajce. Dawniej jeszcze tag „nofollow” pozwalał na nieprzekazywanie mocy oraz zatrzymywanie jej na własnej stronie. Dziś tag „nofollow” obniża wartość strony, na której link się znajduje, czyli nofollow sprawia, iż część mocy pozycjonerskiej po prostu wyparowuje.
Nad dynamicznym rozwojem wyszukiwarki pracują setki i tysiące programistów oraz cały sztab kreatywnych myślicieli, którzy całymi dniami kombinują, jak tu skomplikować życie webmasterom i podporządkować sobie użytkowników. Po drugiej stronie barykady siedzi zazwyczaj po kilka osób z różnym zakresem wiedzy i predyspozycji do błądzenia w ciemnościach. Współpraca z wyszukiwarką Google w ogóle nie przypomina współpracy z poważną firmą, czy kontrahentem. Zależności, ingerencje oraz odpowiedzialność za swoją pracę nie regulują żadne ustalenia i wiążące dokumenty. Wydaje się, że firma Google nie poddaje się żadnym normom ani nie zamierza ułatwiać pracy webmasterom. To duży problem, ponieważ inwestycje w internet wymagają realnych i prawdziwych pieniędzy, a zachowanie algorytmu bywa niepoważne. I co najgorsze, bez żadnych konsekwencji dla firmy. Upadają marki, firmy, sklepy, a google jedzie dalej. Gdy wydaje nam się, że już trochę wiemy o firmie i zasadach działania wyszukiwarki (od której, przypominam, często zależy los naszego biznesu), dowiadujemy się o wprowadzeniu nowego algorytmu, a nieco później Google przyznaje, że manipuluje ręcznie wynikami. Wyszukiwarka wymusza na nas stosowania kilku alternatywnych wersji sklepu czy strony, którą pozycjonujemy, ponieważ nigdy nie znasz dnia ani godziny, kiedy ktoś z pracowników czy głupi automat pogrąży dobrze prosperującą firmę. Tylko poprzez wycięcie z wyszukiwarki, a więc przez odcięcie sposobu pozyskiwania klientów.
Powiedzmy to szczerze i otwarcie – istnienie strony internetowej ściśle uzależnione jest od jej obecności w wyszukiwarce Google. Jeśli sklep internetowy zniknie z indeksu, można zwolnić pracowników i jechać na ryby. Interes po prostu stanie. Oczywiście, koledzy od razu rzucą hasło o przekierowaniu 301 na nową domenę, kilkudniowym urlopie i powrocie do rankingu. Tak się robi, gdy firma nie ma wyrobionej marki, na której promuje produkty, tylko zwyczajnie sprzedaje towar. Ale czy to normalne, aby powodzenie firmy zależało od widzi mi się innej firmy, w dodatku oferującej jedyną możliwość udziału w rynku na niejasnych zasadach? Niby mamy wytyczne Google, których webmasterzy muszą się trzymać, ale przestrzeganie ich nie gwarantuje bezproblemowej promocji. Niezależnie od tego, czy postępujemy zgodnie z wytycznymi Google, czy też nie, nasz wpływ na to, co się dzieje z naszymi biznesem jest ograniczony. Ktoś może zarzucić, że w realu mamy pożary, powodzie i kradzieże, ale porównywanie Google do klęsk żywiołowych i przestępstw byłoby zbyt dużym nadużyciem. Nieprawdaż?